02.06.2005 - Początek
4 VI 2005 to planowana data
rozpoczęcia naszej podróży nad Bajkał. Na wyprawę tę początkowo wybierało się
nas dwóch, jednak ostatecznie pojedziemy w trójkę; Henryk Szmyciński i Jan Hołup
(znajomość jeszcze z czasów szkoły średniej) oraz Jacek Czerwiński najmłodszy z
nas (uważa, że ta wyprawa jest czymś tak szalonym, iż nie potrafi odmówić sobie
okazji przeżycia czegoś takiego). "Szaleństwo", "coś niebezpiecznego" to częste
słowa jakie padają z ust znajomych, którzy dowiadują się o naszych planach, ale
chęć poznania kultury, ludzi, tradycji i przyrody wschodniego świata jest
silniejsza niż przestrogi innych.
Przygotowania rozpoczęliśmy już ok. 6 miesięcy temu. Pierwszym krokiem było
zgromadzenie materiałów dotyczących miejsc, które zamierzamy zwiedzić, oraz
nawiązanie kontaktów z ludźmi, którzy powiązani są z Polską, jednak zamieszkują
tereny, które będziemy w trakcie podróży odwiedzać. Dostaliśmy także adresy od
księdza z naszej parafii do innych parafii w Kazachstanie, gdzie są polscy
księża.
Kolejnym elementem (chyba najważniejszym) było zakupienie naszego środka
transportu, którym zamierzamy pokonać planowane odległości. Ostatecznie
zdecydowaliśmy się na "domek na kółkach"- tak jak to widać na zdjęciu. Samochód
przeszedł generalny remont i został odpowiednio doposażony. przygotowaliśmy się
bardzo starannie, abyśmy nie byli zaskoczeni różnymi sytuacjami zależnymi od
naszych przygotowań. W końcu kraje, które będziemy przemierzać przez ponad 2
miesiące (Białoruś lub Litwa i Łotwa, Rosja, Mongolia, Kazachstan, Ukraina i być
może Słowacja) mogą nam zgotować wiele nieprzewidzianych zdarzeń. Oby było jak
najmniej tych przykrych...
H.S.
04.06.2005 - WYJAZD
Jak
się okazało, zainteresowanie naszym wyjazdem sięgnęło zenitu. Tak jak
planowaliśmy, 4 czerwca był dniem naszego wyjazdu. Tuż przed wyruszeniem zjawił
się przedstawiciel lokalnej telewizji (SATON) oraz dziennikarz z miejscowej
gazety (Gazeta Goleniowska). Tak więc moment rozpoczęcia wyprawy mamy
zarejestrowany na szeroką skalę. Spod domu odjechaliśmy dokładnie o 10.10
(tzn. Heniek i Jacek) i wyruszyliśmy w trasę Goleniów - Połczyn Zdrój po
trzeciego uczestnika naszej wyprawy - Janka.
Dalej planowana droga podróży biegnie pod granicę Białorusi. Tam mogą nas czekać
nieprzyjemne sytuacje (problemy z dostaniem się na teren tego kraju - z
wiadomych względów), ale mamy plan awaryjny (Litwa i Łotwa), chociaż wolelibyśmy
przejechać ziemię Białorusi z uwagi na krótszą trasę. Zobaczymy na ile służby
Łukaszenki pozwolą nam zrealizować nasz plan.
|
Laba też chce jechać |
Ostatnia szansa |
Pojechali |
06.06.2005
Granica białoruska i rosyjska przekroczona bez problemu. Na przejściu granicznym - Terespol Brest odprawa przebiegała sprawnie i po 1,5 godzinie wjechaliśmy na teren Białorusi. Celnicy interesowali się naszą wyprawą, pytali dokąd zmierzamy i z niedowierzaniem kiwali głowami. Jednak byli dla nas życzliwi i uczynni.
Jak dotąd zapłaciliśmy dwa mandaty za przekroczenie prędkości przy trzech kontrolach drogowych. Czas jaki mieliśmy wyznaczony na przejazd przez Białoruś do granicy rosyjskiej to 24 godziny, dlatego mogliśmy sobie pozwolić tylko na 4-godzinne zwiedzanie stolicy-Mińska, a także doładowanie naszych sił przekąszając coś. Centrum stolicy wywarło na nas duże, pozytywne wrażenie (czystość, monumentalna architektura, ładnie zagospodarowane zieleńce oraz parki, dobrze zaopatrzone sklepy). Jednak czystość toalet publicznych odbiega od naszych, które i tak nie są w najlepszym stanie. Byliśmy mile zaskoczeni kompleksem gastronomicznym, w którym się zatrzymaliśmy, aby coś zjeść. Miejsce to było schludne, serwowane lokalne dania bardzo smaczne i niedrogie (zapłaciliśmy ok. 50.000 rubli białoruskich). Dalej ruszyliśmy autostradą M1 w stronę przejścia granicznego z Rosją. Również tutaj nie spotkaliśmy się z oporem celników.
Dzisiaj (6.06.2005) o godzinie 2 (czasu miejscowego) po odprawie granicznej zatrzymaliśmy się na parkingu strzeżonym przy granicy, aby po raz pierwszy podczas naszej podróży porządnie się wyspać. Wstaliśmy dopiero o godzinnie 11 i wzięliśmy gorący prysznic (po "ichniemu" tusz), który kosztował nas 100 rubli + 10 rubli za toaletę. Po śniadaniu, dalej autostradą M1 ruszyliśmy w stronę Moskwy. Po drodze zwiedziliśmy też dom pierwszego kosmonauty, rosyjskiego bohatera - Gagarina.
Przed Moskwą zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, aby zatankować i tam spotkaliśmy 4 kierowców TIR-ów z Polski, którzy udzielili nam kilku cennych wskazówek, co do podróżowania po tych terenach. Teraz jesteśmy ok. 50 km za Moskwą i mamy przejechane ok.1200 km. Nasze auto sprawuje się bardzo dobrze.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
| Mińsk - Pomnik Dzierżyńskiego | Mińsk | Gmach Republiki Białoruskiej |
Na głównej ulicy Niezawisimosti (Niepodległości) |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
| Betonowy żubr przy autostradzie do Mińska | Mińsk | U Węgra | |
![]() |
![]() |
||
| Przystanek |
07.06.2005
Kolejny dzień kiedy pospaliśmy aż do 11. Aktywność jaka towarzyszy nam teraz każdego dnia robi swoje. Pojechaliśmy dalej, aż do miasta Władimir. Tam przy teatrze i starej cerkwi spotkaliśmy "parę szaleńców ze Szwajcarii", jak to określił Jacek. Określenie odnosiło się tylko do ich nietypowej wyprawy. Ona- Elian, on-Tieri.. Pradziad Elian był Polakiem ze Zbąszynia. Elian i Tieri to bardzo sympatyczni i otwarci ludzie, a także odważni. Zwiedzają na rowerach cały świat. Wyjechali ze swojego kraju 26 lutego. Przejechali już Austrię, Czechy, Niemcy, Polskę, Litwę, Łotwę, Estonię. Tak jak my, udają się w kierunku Bajkału. Później przez Mongolię, Chiny, Wietnam pojadą dookoła świata by znaleźć swoje miejsce na Ziemi. Na podróż przewidzieli 5 lat. Biorąc pod uwagę wysoki koszt takiej wyprawy, para Elian i Tieri sprzedali wszystko co mieli. Łącznie ze swoim domem.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
| Elian i Tieri | Na pożegnalnej herbatce z Elian i Tieri | Elian i Tieri wymieniamy się wrażeniami i wiedzą o trasie wyprawy | Władimir -Takie ośrodki religijne robią wrażenie |
08.06.2005
Jesteśmy w Niznyj Nowogrod. Z samego rana zauważyliśmy brak drugiej polskiej flagi na samochodzie. Szczerze mówiąc, nie spodziewaliśmy się, że w tych rejonach będzie tylu sympatyków Polski J. Wybierając się do centrum miasta, aby pozwiedzać, zostaliśmy zaczepieni przez tamtejszego mieszkańca – Aleksandra Nikołajewicza. Jest pasjonatem myślistwa, wędkarstwa, a także społecznym przewodnikiem po mieście. Zaofiarował nam swoją pomoc w zgłębianiu uroków miasta, z czego z radością skorzystaliśmy. I tak, samochodem Lada (własność Nikołajewicza) zwiedziliśmy najciekawsze zakątki Nowogrodu (panorama rzeki Oki wpadającej do Wołgi, pomnik Czkałowskiego – pierwszego lotnika, który przeleciał nad biegunem północnym w 1930 r. oraz stare miasto-Kreml).
Dzięki nowej znajomości udało nam się zakupić przetwornicę z 12V na 220 V/ 300W (urządzenie niezbędne do pracy laptopa). Po zakupach na miejscowym targu, Janek i Jacek poszli zwiedzać Kreml. Tam spotkali panią Ludmiłę- nauczycielkę uczącą polskie dzieci w Moskwie. W tym samym czasie doszło do ciekawego spotkania Heńka z dwoma Niemcami, którzy podjęli próbę zdobycia na rowerach Syberii wraz z Bajkałem (jeden z nich – Mathias Kreski jest Niemcem polskiego pochodzenia). Wieść o naszej wyprawie dotarła nawet do redaktorki z tamtejszej. Miejscowej gazety, która zaciekawiona tym tematem przeprowadziła z Heńkiem wywiad.
Popołudnie spędziliśmy w drodze do Kazania- stolicy Tatarów. Do celu jednak tego dnia nie dotarliśmy, więc na nocleg zatrzymaliśmy się nad jednym z „miliona” tutejszych jezior. Poznaliśmy tutaj ekipę sympatycznych energetyków pracujących przy budowie linii średniego napięcia. Jak przystało na Słowian, dyskutowaliśmy o polityce i wymieniliśmy się napojami wysokoprocentowymi.
Janek wybrał się na ryby, ale wypad „z kijem” zakończył się jedynie dokarmianiem „żyjątek” w wodzie.
09.06.2005
Do Kazania dojechaliśmy po południu. Zaparkowaliśmy nieopodal Kremla i meczetu. Trafiliśmy na renowację tych miejsc z okazji zbliżającego się święta-tysięcznego jubileuszu miasta. Najbardziej nas zaskoczyło to, że prace remontowe (tynkowanie, murowanie) wykonywało wiele kobiet. Kreml jest wspaniałym zabytkiem, wpisanym do dzieciństwa kultury światowej UNESCO. Centrum miasta to głównie deptak tętniący życiem. Znajduje się tam cerkiew z czerwonej cegły o niespotykanej architekturze oraz ciekawa fontanna i rzeźba powozu z brązu, do którego można wsiadać (nie omieszkaliśmy spróbować).
Podczas zakupów poznaliśmy Sergieja Aleksaendrowicza Kazakov – profesora politechniki w sanki Petersburgu. Jak się okazało, Sasza jest częstym gościem w Polsce, z racji posiadania wielu przyjaciół w naszym kraju. Wielokrotnie zapewniał nas o swojej sympatii do Krakowa i Polaków w ogóle. Poprosiliśmy go o przesłanie opisów i zdjęć z wyprawy do naszego zespołu pracującego nad naszą stroną. Skorzystaliśmy z uprzejmości Saszy z powodu kłopotu z łącznością internetową, co nie pozwala nam wysłać materiałów – zdjęć i opisów. Miejmy nadzieje, że wszystko się ustabilizuje i będziemy mogli pochwalić się „uchwyconymi” obrazami z dotychczasowych wrażeń oraz pełnymi relacjami z trasy.
Wieczór spędziliśmy na deptaku i w eleganckiej restauracji tatarskiej. W menu znaleźliśmy takie specjały jak: krowie ogony (chwosty), końskie żołądki i baranie flaki, a także ciekawie przyrządzoną rybę sazan. Naszą wieczorną siestę zakończyliśmy ok. 2 nad ranem.
10-11.06.2005
Postanowiliśmy nieco przyspieszyć tempo podróży kosztem rezygnacji ze zwiedzania. W nocy dotarliśmy do miasta – Ufy, gdzie przenocowaliśmy na strzeżonym parkingu. Wczesnym rankiem rozpoczęliśmy poszukiwanie punktu serwisowego telefonii komórkowej, aby odzyskać połączenie internetowe, które przed wyjazdem gwarantowała nam Era, a jednak straciliśmy. Rozwiązanie tego problemu pochłonęło nam sporo czasu.
Po południu ruszyliśmy w stronę Czelabińska. Po drodze zaopatrzyliśmy się na przydrożnym baszkirskim stoisku w kumys (jest to sfermentowane kobyle mleko o właściwościach orzeźwiających). Przed nocą, zmęczeni podróżą, dotarliśmy do estetycznego, dużego kompleksu hotelowo-gastronomiczno-parkingowego. Brzmi nieźle, ale był jeden feler. Pod prysznicem nie dało się regulować temperatury wody, dlatego trzeba było się zdecydować na gorącą lub zimną kąpiel.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
| UFA - Jacek na targowisku postanowił kupić rzodkiewkę i szczypiór | Janek z Heńkiem bardzo zadowoleni z zakupionego kumysu | W drodze do Ufy - przydrożne targowisko | Na parkingu u Ormianina |
12-14.06.2005
Rano wyruszyliśmy z mocnym postanowieniem jazdy non stop do Nowosybirska. Przed naszymi oczyma roztaczała się równina syberyjska, równa jak stół, miejscami urozmaicana nielicznymi kępami brzóz. Stan drogi był różny - miejscami jechaliśmy w tempie 20 km/godz. Jadąc zaobserwowaliśmy Kamazy jeżdżące stadami, oraz ptaki latające parami. Teza Janka na ten temat była taka, że ptaki w innym przypadku nie zostawiłyby po sobie potomstwa. Jacek zauważył, że ze zwierząt są tylko kruki i sroki. Innych zwierząt nie widzieliśmy, ale za to są dokuczliwe chmary komarów oraz bąków.
Po południu dotarliśmy do 60 południka - granicy Azji z Europą. W tym miejscu zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i pojechaliśmy w Azję. W Omsku zatrzymaliśmy się na kilkugodzinny odpoczynek przy nabrzeżu rzeki Irtysz. Janek zafundował sobie mycie się w rzece i jednocześnie podpatrywał sposoby łowienia ryb. Natomiast Heniek zafundował sobie kąpiel i krótki wypoczynek w kompleksie pobliskich basenów.
Pechowa "13"- zrobiła swoje, bowiem 13-tego w czasie jazdy "łopnuła nam trbuszka" (pękł nam metalowy przewód paliwowy wysokiego ciśnienia). Dalsze 80 km do najbliższego warsztatu przejechaliśmy na trzech cylindrach. Paliwo które miało trafić do czwartego cylindra odprowadzaliśmy do 5-litrowej plastikowej butli po wodzie.
Naprawy dokonał mechanik następnego dnia rano. Szczęśliwi pojechaliśmy dalej. Szybko jednak zauważyliśmy, że naprawa była nieskuteczna. Problem doraźnie rozwiązaliśmy w podobny sposób jak poprzednio i tak dojechaliśmy do Nowosybirska gdzie w zakładzie mechanicznym nieco staranniej wykonano naprawę. Noc spędziliśmy na parkingu strzeżonym 40 km za Nowosybirskiem.
15-16.06.2005
Cały dzień poświęciliśmy na jazdę w stronę Krasnojarska.16 rano wjechaliśmy do Krasnojarska i w myjni samochodowej umyliśmy nasz zabłocony pojazd. Bardzo z siebie zadowoleni, wyjeżdżając z myjni, na wysokim progu przy portierni, urwaliśmy tłumik. Janek w miejscowym warsztacie mechanicznym zajął się naprawą, a Heniek z Jackiem poszli szukać punktów telefonii komórkowej, aby przywrócić łączność internetową. Okazało się, że brak komunikacji nie jest spowodowany wadami naszego sprzętu, lecz po prostu jeszcze jej tutaj nie ma. Znaleźliśmy kawiarenkę internetową, gdzie miejscowi internauci pomogli wysłać nasze materiały. Wkrótce okazało się, że nie w całości trafiły one do redakcji naszej strony internetowej.
Po powrocie do warsztatu, gdzie Janek naprawiał samochód, spotkaliśmy Polaka-Roberta Kołodzieja, który od 5 lat na terenie Rosji jest przedstawicielem firmy Bella (materiały opatrunkowe i higieniczne) i aktualnie organizuje sieć dystrybucji produktów tej firmy na terenie Syberii. Wszyscy z tego spotkania bardzo się ucieszyliśmy. Robert miał połączenie internetowe i sprawnie wysłał nasze materiały do Polski. Potem zaprosił nas na kolację do bardzo dobrej szaszłykarni i wraz z żoną Natalią pokazali nam najciekawsze miejsca Krasnojarska. Nasze spotkanie zakończyło się późno w nocy w mieszkaniu Roberta i Natalii.
Z Krasnojarska jechaliśmy w stronę Irkucka. Pierwsze 80 km droga była gorsza niż polna. Dziury, wertepy często wypełnione wodą spowodowały, że jechaliśmy z prędkością 10 km/godz. Samochód jechał na 1 lub 2 biegu. Bywało, że przed dziurą w drodze musieliśmy się zatrzymać i ustalić, w jaki sposób ją pokonać. Często przy drodze widzieliśmy niezliczone ilości motyli w okresie godowym, oraz urzekające swymi kolorami kwiaty Syberii. Noc spędziliśmy na parkingu z dobrym zapleczem socjalnym (prysznice, czyste toalety), gdzie parkowały także wielkie ciężarówki.
Następnego dnia, drogą o dobrej nawierzchni przejechaliśmy 550 km, aż do miasta Usolie-Sybirskoje. Na przedmieściach spotkaliśmy Rosjanina, którego rodzina jest powiązana z Polską, a ciotka jego żony pochodząca z Poznania pracuje w Konsulacie Polskim w Irkucku.
|
Chociaż raz dziennie należało się dodrze umyć |
Na drodze - motyle w okresie godowym |
Na skrzyżowaniu głównych dróg odcinka specjalnego |
|
Urzekające kwiaty Syberii |
Przy drodze spotykaliśmy kilkakrotnie takie cmentarze |
Dla takich maszyn nie ma złych dróg |
19-21.06.2005
19 czerwca w niedzielę przed południem wjechaliśmy do Irkucka. Przywitała nas piękna słoneczna pogoda. Ponieważ w niedzielę nic nie mogliśmy załatwić, udaliśmy się w stronę Bajkału, na poszukiwanie miejsca noclegu. Część poniedziałku poświęciliśmy na załatwianie spraw meldunkowych. W Rosji jest to konieczne i jak się okazało nie takie proste. Dzięki pomocy Mamy Iriny (o której napiszemy w następnych informacjach) sprawę meldunku mieliśmy po trzech dniach załatwioną. Resztę dnia oraz część wtorku przeznaczyliśmy na zwiedzanie miasta, odwiedzenie Konsulatu Polskiego oraz zamówienie flag polskich na nasz samochód, bowiem wszystkie, które posiadaliśmy zostały zabrane z samochodu bez naszej wiedzy przez sympatyków Polski. We wtorek wieczorem, po 5-ciu godzinach jazdy dojechaliśmy do pierwszej polskiej bazy turystycznej nad Bajkałem w Bolszoje Gołoustnoje – miejscowości (dieriewni) oddalonej od Irkucka 120 km.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
| Dojeżdżamy do IRKUCKA | Wielbłąd na chodniku – nic dziwnego, obok cyrk | Na deptaku w stolicy Syberii-Irkucku | Potwierdzenie architektonicznej świetności Irkucka |
Osobnego miejsca wymaga podanie naszych spostrzeżeń z pobytu w Polskim Konsulacie. Trafiliśmy tam w celu uzyskania polskiej flagi, której brak z powodów wyżej opisanych nam doskwierał. Konsulat oznaczony polską i unijną flagą (obie brudne) znajduje się przy ulicy Suche-Batora 18, w dużym budynku, zajmując kilka spośród dziesiątek pomieszczeń na drugim piętrze. Po wejściu do konsulatu czuliśmy się jak petenci, a pracownica konsulatu zza pancernej szyby za pośrednictwem domofonu, udzieliła nam wyjaśnień. Na dwóch małych biurkach leżały niskiej jakości foldery o urokach Polski, a ze ściany spoglądał na nas srebrny orzeł, niezgodny z opisem podanym w Konstytucji naszego kraju. Konsul nie dysponował wolnym czasem, aby się z nami spotkać, a i flagi ani dostać, ani kupić w naszej placówce dyplomatycznej nie było można. Wychodząc zauważyliśmy, że piętro wyżej znajduje się pracownia flag i kolorowych nadruków na materiałach tekstylnych, w której pracowali sympatyczni i otwarci młodzi ludzie. W przyjaznej atmosferze wypiliśmy herbatę, wymieniliśmy się pamiątkami dotyczącymi naszych krajów i zamówiliśmy 5 polskich flag, które odebraliśmy następnego dnia.
![]() |
![]() |
|
Nad rozlewiskiem Angary - tutaj zachód słońca, a w Polsce pora obiadowa |
Na deptaku w wielu miejscach muzykowano |
22-26.06.2005
I tak znaleźliśmy się nad Bajkałem (nie działa GSM!!), u ujścia rzeki Gołoustnaja, w pierwszej polskiej bazie turystycznej (www.anisko.net/bajkal) - jak informuje jej właścicielka, Irina Wilim-Paluszek. Wraz z mężem Pawłem Paluszkiem, 2-letnią córką Zosią i mamą Nadią rozbudowują, organizują i prowadzą tę bazę. Irina ukończyła studia w Polsce na Wydziale Ekonomicznym Uniwersytetu Wrocławskiego. Paweł pracuje w Polsce i prowadzi przedstawicielstwo tej bazy w Wieluniu. Baza poza miejscami noclegowymi oferuje wiele atrakcji: bania, (którą polecamy wszystkim), smaczne i swojskie jedzenie (pyszne łodygi paproci syberyjskiej, orzeszki cedrowe, zupa „szi” z kapusty i dużymi kawałkami mięsa, ryba charius przyrządzana jako zakąska, sało - nie dla mięczaków, pyszny chlebek) i wspaniałe okolice z widokami na Bajkał i góry. Okolice można zwiedzać pieszo i rowerami górskimi. Toaleta typowa dla tego kontynentu - nie trzeba spuszczać wody. Codziennie korzystamy z bani. Janek po wyjściu z parówki ledwo zipie - nie przestrzegał zasad. Nasze codzienne wizyty na rybach z wędką na razie nie przynoszą spodziewanego rezultatu - mieszkańcy (Rosjanie i Buriaci) mają lepsze wyniki, bo stawiają sieci. W piątek pomagaliśmy stawiać sieci na ryby. Dopiero dzisiaj (w niedzielę) rano je zdejmowaliśmy. Wczoraj nie było to możliwe, bo był silny wiatr i bolszaja wałna (wysoka fala). Niestety połów był niewielki z uwagi na wzburzony Bajkał. Jutro rano będziemy w Irkucku. Chcemy wysłać materiały do strony internetowej i porozmawiać przez telefon z bliskimi. Stęskniliśmy się za Wami. Serdecznie Was pozdrawiamy. Do usłyszenia. Z Irkucka pojedziemy nad „Małe Morze” – jest to akwen między wyspą „Olchom” a zachodnim wybrzeżem w środkowej części Bajkału. Jest tam podobno ciepła woda i dużo wielkich ryb, które podobno dają się złowić.
27.06.2005
27- czerwca w godzinach rannych opuściliśmy bazę Iryny w Bolszoje Goloustnoje. Pożegnaliśmy sąsiadów, z którymi zdążyliśmy się zaprzyjaźnić i wyruszyliśmy z postanowieniem dotarcia nad Małe Morze położone w środkowej części Bajkału pomiędzy zachodnim jego brzegiem a wyspą Olchom.
W czasie przejazdu zwiedziliśmy bazę turystyczną, w której były także kwatery w adoptowanych domach buriackich. Jak na miejscowe warunki nie były tanie (700 rubli od osoby). Buriackie konie, których właściciela byłoby bardzo trudno ustalić, wymuszały zatrzymanie się na drodze, a niecodzienne kwiaty tajgi zmuszały do fotografowania. Droga była w części gruntowa i miejscami trudna do jazdy. Na miejsce dotarliśmy o 23-ciej do Turbazy … niedaleko przeprawy promowej na wyspę.
28.06.2005
28-go dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie wyspy Olchom. Jest to wyspa stepowa, słabo zalesiona o długości ponad 70 km i szerokości maksymalnej do 15 km, zamieszkiwana przez Buriatów, Rosjan w tym Rosjan polskiego pochodzenia, których przodkami byli Polacy, zesłani na sybir przez zaborcę - Cara Rosji.
Obok największej miejscowości Hużir jest skała szamana – jedno z najważniejszych miejsc świętych wiary Buriatów. W miejscowości jest średnia szkoła oraz muzeum poświęcone wyspie i jej mieszkańcom. Spotkaliśmy dwie panie których przodkowie na początku XX wieku byli zesłani na sybir. Kuzynka Pani Połomskiej mieszka w Warszawie.
Późnym wieczorem w Turbazie przebywająca tu na szkoleniu grupa pracowników Instytutu Mikrochirurgii Oka dowiedziawszy się, że jesteśmy z Polski zaprosili nas do wspólnego biesiadowania. Interesowali się głównie poziomem życia w Polsce. Biesiadę zakończyliśmy o 2-giej w nocy wymieniając się suwenirami. Jak się okazało jeden z Rosjan to wnuk Miczurina - znanego w Polsce sadownika.
29.06.2005
Dzień 29-tego przeznaczyliśmy na zwiedzanie rowerami okolic oraz na wędkowanie. Niestety, zapowiedzi złowienia dużych ryb i dużej ich ilości nie mogły się spełnić. Ryby nie biorą na wędkę, bo nikt tutaj nie wędkuje. Tutaj ryby łowi się sieciami, jeżeli ktoś z was liczy na trofea złowione na wędkę to niech te oczekiwania porzuci - takie jest twierdzenie naszego Janka (uznanego wędkarza na Pomorzu Zachodnim). A od siebie dodam, że Małe Morze wcale nie jest takie ciepłe jak mówią Buriaci.
![]() |
![]() |
![]() |
| Prawie, prawie | Widok na Bajkał | Z wędrówki Jacka po górach nad Bajkałem |
![]() |
||
| Chętnie pozujący do zdjęć Buriaci-ojciec i syn |
30.06.2005
30-tego opuszczamy to miejsce robiąc jeszcze zdjęcie bardzo płochliwej szczekuszce i udajemy się do innego pięknego i uznanego zakątka tego regionu – góry Sejeny i uzdrowisko Arszan.
![]() |
![]() |
|
| Przechodnie mają pierwszeństwo | Szczekuszka |
01.07.2005
W drodze do Arszan – miejscowości uzdrowiskowej i wypoczynkowej. Miejscowi mówią o nim Mała Szwajcaria.
02.07.2005
W uzdrowisku Arszan. 120 km na zachód od południowej części Bajkału.
03.07.2005
Opuszczamy Arszan, jedziemy do Irkucka po upoważnienie poruszania się naszym samochodem po Rosji. Obecne jest ważne 30 dni i jego ważność kończy się 5-tego lipca. W drodze powrotnej zatrzymujemy się na jeden dzień w Sludiance. Chcemy pobyć jeszcze nad Bajkałem i podjąć ostatnią próbę złowienia taaakiej ryby. Rezultat wiadomy.
04.07.2005
![]() |
![]() |
|
|
Targ w Sludiance |
Prywatne Muzeum mineralogiczne w Sludiance |
05.07.2005
Noc spędziliśmy na wielkim parkingu przed centrum handlowym w środku miasta przy ul. Dzierżyńskiego. Jako jedyni na olbrzymim parkingu byliśmy jaskrawo oświetleni a całonocna głośna muzyka przeszkadzała w nocnym wypoczynku mieszkańcom Syberii i nam.
2005-07-05 to ostatni dzień załatwienia zaświadczenia upoważniającego nas do używania naszego własnego pojazdu na terenie Rosji. Pomimo, że zleciliśmy załatwienie tego zaświadczenia agencji to i tak musieliśmy się stawić przed oblicze urzędników z „Tarmoszeni” by mogli dokładnie opisać i obfotografować w szczegółach nasz pojazd a Janek poświadczył te opisy dziewięcioma podpisami. Po czterech godzinach odprawy urzędniczej uzyskaliśmy konieczny dokument i mogliśmy się udać w dalszą podróż w stronę Krasnojarska i Nowosybirska.
07-08.07.2005
Dotarliśmy do Krasnojarska pokonując także dwa odcinki – łącznie 80 km wyboistego, dziurawego i trudno przejezdnego szlaku, bo niestety odcinki te nie mają nic wspólnego z drogą.
Jacek uradował się, że będzie mógł się podstrzyc bo znalazł zakład fryzjerski, którego poszukiwał od dwóch tygodni. Niestety – od zaraz to mógł się tylko zapisać na strzyżenie, które mogłoby być spełnione za tydzień.
W zamian za to zrobiliśmy zdjęcie stojącemu nieopodal ładnemu zielonemu kogutowi. Ponieważ Krasnojarsk zwiedzaliśmy wcześniej w drodze do Irkucka, postanowiliśmy niezwłocznie wyruszyć dalej do Nowosybirska do którego dotarliśmy po południu 2005-07-08. Zwiedziliśmy polecane przez przewodniki turystyczne miejsca Nowosybirska, a wieczorem wyjechaliśmy w krainę Autonomicznej Republiki Ałtaju nad Jezioro Teleckie.
|
|
||
|
Na odcinkach specjalnych głównego szlaku Irkuck - Krasnojarsk |
Krasnojarsk - kogucik zamiast fryzjera |
Nowosybirsk-rozmowy o malarstwie z Ludmiłą polskiego pochodzenia |
|
Nowosybirsk - pozostałości dawnej świetności |
Nowosybirsk - wnętrze drewnianej cerkwi |
Nowosybirsk - chwila wytchnienia przy fontannach |
09-13.07.2005
Po południu wyjeżdżamy z Nowosybirska do Republiki Ałtaj. Nocowaliśmy w naszym samochodzie przy stacji benzynowej. O 5-tej rano obudziło nas stukanie do samochodu. Okazało się, że to „władcy rewiru” chcą od nas wymusić 200 rubli za postój, który wcześniej opłaciliśmy. Na szczęście wymuszana opłata zakończyła się na groźbach. Wkrótce okazało się, że wcześniej próbowali ukraść nam rowery przypięte do tylnej ściany samochodu. Były odcięte pasy mocujące. Jednak stalowych linek spinających rowery z samochodem nie mogli sforsować.
Dowiedzieliśmy się, że w Bijsku jest katolicki kościół prowadzony przez polskiego księdza – Andrzeja Obuchowskiego. Drogę do niego wskazał Pop miejscowej cerkwi. Ksiądz Andrzej przebywał aktualnie w Polsce, ale za to spotkaliśmy przewodniczącego (Mikołaja Michajłowicza) Polskiego Stowarzyszenia „Orzeł Biały”. Zaprosił nas do siebie do domu na banię i wieczór sobotni a w niedzielę pokazał miasto i opowiadał o jego historii, a szczególnie o losach Polaków. Towarzyszyła nam w zwiedzaniu miasta Ignatowicz Wiera – Rosjanka polskiego pochodzenia. Dziadek – Polak zesłany przez Stalina wraz z żoną i 5-letnią córką (matką Wiery) w 1936 roku i wkrótce rozstrzelany przez NKWD. Wiera – obecnie nauczycielka w szkole podstawowej – czuje się Polką i pragnie wrócić do ojczyzny swego Dziadka, Babci i Matki. Może, ktoś będzie mógł jej w tym zamiarze pomóc – mamy do niej adres i telefon.
W Bijsku spędziliśmy dwie noce na terenie przylegającym do polskiego kościoła. Kościół tutaj to nie tylko kaplica modlitwy, to przede wszystkim misja naszej narodowej kultury i języka. Są tu organizowane różne zajęcia i zgrupowania szczególnie dla młodzieży katolickiej.
Byliśmy na cmentarzu, w którym jest tablica upamiętniająca śmierć zesłanych i represjonowanych przez reżim stalinowski znajdująca się obok mogiły ojca naszego Prezydenta i generała Wojciecha Jaruzelskiego.
Nad Jezioro Teleckoje przyjechaliśmy o15-tej 2005-07-11. W tym też dniu zwiedziliśmy miejscowości Artybasz i Iogacz leżące po przeciwnych brzegach jeziora. Zakwaterowaliśmy nad brzegiem u Babci wynajmującej kwatery i domki, oraz wzięliśmy banię. Próba połowu ryb na wędkę nie przyniosła sukcesu, a Janek potwierdził tezę, że na Syberii trudno jest złapać rybę na wędkę.
Na drugi dzień pływaliśmy „parochodem” po jeziorze i podziwialiśmy jego górzyste otoczenie porośnięte iglastymi drzewami. Byliśmy także nad pięknym wodospadem „Korby”. Jego miejsce czczone jest przez Buriatów – wyznawców szamanizmu. W trzecim dniu pobytu (2005-07-13) nad jeziorem postanowiliśmy wyjechać do Kazachstanu. Przed wyjazdem kupiliśmy pamiątki w tutejszym kurorcie.
13-15.07.2005
Z Jeziora Teleckoje wracaliśmy do Bijaka inną drogą. Wkrótce okazało się, że jest to dziurawy i kamienisty szlak. Wstrząsy i kołysania samochodu spowodowały, że znowu pękła nam rurka paliwowa wysokiego ciśnienia. Zastosowaliśmy wypróbowany zabieg doraźnego zabezpieczenia paliwa, a po 50 km w przydrożnym warsztacie gospodarstwa rolnego pod kierownictwem Janka i przy jego współudziale dokonano naprawy. Mamy nadzieję, że już ostatecznej. Na Noc zatrzymaliśmy się za Pawlowskiem (60 km za Bijskiem) na placu parkingowym. Następnego dnia wcześnie rano wyjechaliśmy do Kazachstanu. Połowa długości drogi była fatalna. Po drodze zatrzymaliśmy się nad wodą. Umyliśmy się i próbowaliśmy łowić ryby. Na granicę dojechaliśmy późnym popołudniem. Celnicy Kazachstańscy odprawili nas sprawnie. Pomagali, a właściwie wypełnili nasze dokumenty związane z przekraczaniem granicy i obfotografowali nas. Żywo interesowali się naszą wyprawą, a szczególnie naszym samochodem. Przejście graniczne po stronie Kazachstańskiej było wykonane na miarę XXI wieku. Życząc wzajemnie szczęścia i pomyślności wyruszyliśmy w stronę Pawlodaru oddalonego od granicy 140 km. Droga wiodła cały czas stepem a pojazdów prawie nie spotykaliśmy.
Po spędzonej nocy w Pawłodarze na strzeżonym parkingu obok cerkwi katolickiej, rano o 9-tej umówiliśmy się z proboszczem Ryszardem Matejukiem na spotkanie. Przyjął nas ciepło. Poświęcił nam prawie cały dzień. Pokazał kościół i sale, w których prowadzone są zajęcia z młodzieżą. Były to: biblioteka, warsztaty plastyczne i kółko teatralne oraz izba pamięci Kościoła i wywiezionych do Rosji. Zaprosił nas także do siebie na obiad a wieczorem na banię i kolację. Było nam miło.
W mieście zwiedziliśmy muzeum archeologiczne, fontanny nad Irtyszem i nowy meczet. Noc spędziliśmy na terenie przykościelnym. Rano 2005-07-16 wyjechaliśmy do Astany – nowej stolicy Kazachstanu.
16-18.07.2005
Do Astany jechaliśmy drogą wiodącą przez step. Zaskoczeniem były dla nas słone jeziora i czuwające przy swoich norach bobaki-pieski stepowe. Droga wiodła przez step, prosto jak strzelił. Ktoś, kto nie miał okazji być na bezkresnym stepie nigdy jego opisu do końca nie zrozumie. Jest to otwarta przestrzeń od jednego krańca horyzontu po drugi. Przemieszczasz się w tej przestrzeni a widok ciągle ten sam. Tracisz poczucie upływającego czasu i pokonywanej drogi. Po kilkunastu godzinach jazdy u Janka wystąpił „puciowstręt” (puć to po rosyjsku droga). Dojechaliśmy do nowej stolicy Kazachstanu - Astany. Nazajutrz zwiedziliśmy starą i nowo budowaną część stolicy. Nowa część miasta zaskakuje rozmachem, dużą funkcjonalnością, budowle wykonywane są z najlepszych materiałów: stali, szkła, marmuru i granitu. Widzieliśmy wiele imponujących budowli sakralnych różnych wyznań, w tym kościół katolicki, synagogę i okazały meczet podobno ufundowany przez arabów. Kontrastująca ze wspaniałością nowych dzielnic stara część miasta przypomina typowe miasto rosyjskie składające się głównie z odrapanych bloków mieszkalnych. Oprowadzający nas po mieście taksówkarz wyjaśnił nam że pieniądze na budowę nowej stolicy pochodzą z kredytów zabezpieczonych aktualnym i przyszłym wydobyciem ropy naftowej sprzedawanej do Chin i Turcji. Patrząc na budowane miasto doszliśmy do wniosku, że administracja kraju zachowuje się jakby posiadała niezmierzone zasoby tego bogactwa. W oficjalnie głoszonym programie podaje się, że w roku 2030 społeczeństwo Kazachstanu osiągnie stan odpowiadający poziomowi życia społeczeństwa w Kuwejcie. W naszej ocenie z gotówki płynącej z ropy korzysta wyłącznie Astana, o czym przekonaliśmy się jadąc i zwiedzając po drodze inne miasta, w tym większy od stolicy Pietropavlovsk. Miasto to jest szare, brudne, zaniedbane, z dziurawymi i miejscami nieprzejezdnymi ulicami. Opuściliśmy je z ochotą i udaliśmy się w stronę granicy. Granicę przekraczaliśmy 18-07-2005 w Pietuchowie. a wypełnienie procedur granicznych zajęło nam 6 godzin, z czego godzinę po stronie kazachskiej z wykonanym przez urzędnika granicznego obowiązkowego zdjęcia każdemu przekraczającemu granicę. Pozostałe 5 godzin odprawy w piekącym lipcowym słońcu zorganizowali nam graniczni urzędnicy rosyjscy. Aby przekroczyć granice staliśmy w ogromnej kolejce równolegle z Tirami, przeciskaliśmy się pomiędzy ciężarówkami, byliśmy zmuszani przez pograniczników do jazdy bezdrożami, ryzykując uszkodzeniem pojazdu, a toaleta na przejściu granicznym przekroczyła wszelkie dopuszczalne granice higieny i intymności.
19-22.07.2005
Po przekroczeniu granicy (Kazachstanu z Rosją) chcieliśmy zostawić za sobą tę odprawę jak najdalej. Drogę urozmaicały nam duże połacie kopru (taki jak nasz ogrodowy-samosiejka) oraz handlarze grzybów, z których usług postanowiliśmy skorzystać. Okazało się jednak, że kurek, na które mieliśmy ochotę, nie kupiliśmy, bowiem oferowano nam nie mniej niż wiadro. Na jednym z przydrożnych targów spotkaliśmy ciekawe, futrzane czapki, na które namawialiśmy Janka, aby sobie jedną z nich sprawił na zimowe wędkowanie. Nocowaliśmy tuż za Czelabińskiem na strzeżonym parkingu przy motelu „CAFFE EXPRESS”.
Następnego dnia jechaliśmy w stronę Ufy i Samary. Charakterystyczne dla Rosji są przydrożne bazary z produktami żywnościowymi i przemysłowymi. Na jednym z nich Jacek kupił wymarzony ponton, który posiadał konstrukcję do mocowania napędu silnikowego. Mówił, że tym zakupem „zapulsuje” u swojej teściowej – zapalonego wędkarza.
Na jednym z parkingów strzeżonych, w okolicach Ufy, spotkaliśmy Mołdawianina, który jest budowniczym linii energetycznych i mieszka w Rosji w Jekaterinburgu. Jechał on 40 – letnim gazikiem (rówieśnikiem wiekowym Jacka) na urlop do rodziny do Mołdawii. Powiedział nam, że po odzyskaniu niepodległości (rozpad ZSRR) Mołdawia podzieliła się na dwie części wpływów polityczno – narodowościowych.
Wspaniałym obrazem w Rosji są ogromne pola słonecznikowe, a w tej części kraju liczne pompy przy drodze, wydobywające ropę naftową. Z pewnością każdy chciałby mieć taką na swojej działce.
23-26.07.2005
Do Woroneża, miasta ponadmilionowego, dojechaliśmy po południu. Jankowi najbardziej dał się we znaki okropny upał, został, więc w samochodzie odpocząć, a Heniek z Jackiem udali się zobaczyć miasto. Spacerując główną ulicą zauważyli interesujące sklepy z tanim markowym sprzętem. Jacka zainteresował silnik motorowy do świeżo zakupionego pontonu, a Heńka dobre narzędzia frezarskie do obróbki drewna. Ponieważ aby cokolwiek zakupić potrzebowali więksKijów-stara dzielnica miastaę w poszukiwaniu kantoru lub bankomatu. Pierwszy napotkany bankomat był nieczynny, a przy nim pojawili się cinkciarze oferujący dokonanie wymiany dolarów na ruble, więc mimo obaw i rezerwy, postanowili jednak z tej oferty skorzystać. Efekt był wiadomy i ponieśli stratę 95 dolarów. Natomiast inny bankomat rzetelnie wypłacił żądaną kwotę. Niestety z niej nie skorzystali, bo sklepy zostały już zamknięte. Aby pocieszyć się nieco wszyscy postanowili kilka dni odpocząć. Okazało się to możliwe już 120 km za Woroneżem, Kijów-jeden z pomników na placu Swobodyzystym i ciepłym jeziorem. Tu mieli okazję wypróbować ponton, złowić kilka ryb i po przyrządzeniu przez Heńka z apetytem je zjeść. Po należnym 2 dniowym odpoczynku i zregenerowaniu sił udali się w stronę granicy z Ukrainą, oddalonej prawie o 200 km.
25 lipca to pamiętna data, bo w dniu tym opuszczaliśmy gościnną Rosję. Wkrótce okazało się, że nie jest ona wszędzie gościnna, a przynajmniej nie na tym przejściu granicznym i nie z tymi celnikami, którzy mieli dokonać naszej odprawy. Na przywitanie stwierdzili, że mamy ogromny problem, ponieważ nasz samochód nie posiada międzynarodowych badań technicznych. Nie trafiały do nich argumenty, że nie jest to auto zarobkowe, a osobowy pojazd kempingowy. Po upływie pół godziny celnik odstąpił od smogu posiadania rzekomych badań technicznych w zamian za to zażądał druku, w którym odnotowywane byłyby nasze potencjalne wykroczenia drogowe, a który rzekomo powinniśmy otrzymać przy wjeździe do Rosji. Jego upór przy tym żądaniu jednoznacznie wskazywał, że oczekuje od nas znacznej łapówki. Odstąpienie od tego żądania wynosiło wg. niego 200 euro. Daliśmy stanowczy odpór jego żądaniu jednocześnie informując go, że zawiadamiamy polski konsulat o zaistniałej sprawie i że do Brześcia nie będziemy jechać po wymagany papierek. Aby dać zewnętrzny wyraz naszego sprzeciwu, przerwaliśmy pertraktacje i postanowiliśmy poczekać na dalszy rozwój wypadków. Okazało się, że po 15 minutach celnik podjął z nami rokowania i za sumę 10 dolarów nie musieliśmy mieć już dodatkowego „bzdurnego” dokumentu. Na tym odprawa celna się zakończyła, natomiast przy odprawie paszportowej wymyślono następny problem. Dotyczył on potwierdzenia miejsc pobytu na dokumencie meldunkowym. Pragniemy poinformować, że przy wjeździe do Rosji każdy wjeżdżający otrzymuje druk, na którym powinny być odnotowywane miejsca noclegów (dokonują tego międzynarodowe hotele, upoważnione komisariaty policji, biura meldunkowe itp.). Dopiero po pół godzinie urzędniczka po konsultacjach ze swoim przełożonym przyjęli do wiadomości, że naszym miejscem noclegu był samochód kempingowy i dlatego odstąpiono od dalszego nękania nas. Nareszcie drugą (ostatnią) odprawę graniczną w Rosji mieliśmy za sobą.
Odprawa po stronie ukraińskiej to sama przyjemność. Nie dość, że nie kazano nam wypełniać żadnych dokumentów( sprawdzili jedynie deklarację celną, dokumenty pojazdu i OC na Ukrainę), to żywo interesowano się naszą wyprawą, a jeden z szefów podkreślał, że nie będzie kontrolował ukraińskich najlepszych zachodnich sojuszników.
Niebawem w strugach deszczu dotarliśmy do Charkowa, w którym przenocowaliśmy na parkingu przy aquaparku „Wałna”-fajne, niedrogie miejsce z kawiarenką internetową. Nazajutrz przy pięknej pogodzie wraz z miejscowym taksówkarzem zwiedziliśmy miasto. Najwięcej czasu poświęciliśmy na zwiedzenie polskiej części Cmentarza Ofiar Totalitaryzmu. Po południu udaliśmy się w dalszą drogę do Kijowa.
27-31.07.2005
Do Kijowa dotarliśmy rano. Zaparkowaliśmy przy placu Szewczenki. Nieopodal miejsca parkingu odnaleźliśmy kawiarenkę internetową i stamtąd przesłaliśmy kolejne pliki o naszych przygodach do Seweryna, do Polski. Skorzystaliśmy z taksówkarza, by pokazał i omówił najciekawsze fragmenty miasta. Później sami spacerowaliśmy i zwiedzaliśmy najbardziej interesujące nas miejsca. Plac Swobody z cerkwiami, fontannami i pomnikami jest atrakcyjnym miejscem dla turystów. Znajdujące się w pobliżu XIX wieczne budynki zachwycały nas swoją IX wieczną wspaniałością architektoniczną. Przed Pałacem Prezydenckim widzieliśmy rozstawione namioty zwolenników Janukowycza - przegranego w kampanii prezydenckiej. Społeczeństwo Ukrainy jest podzielone na zwolenników Janukowycza i zwolenników prezydenta Juszczenki. Wschodnia część Ukrainy należy do zwolenników Jakunowycza. Kijów jest malowniczo położonym wielkim miastem - mówiono nam, że liczy on obecnie ponad 4 miliony mieszkańców. Występują tu liczne parki, skwery i imponujące budowle oraz niekomunistyczne pomniki (jest tylko jeden pomnik Lenina). Całe miasto usytuowane jest na wzniesieniach i wręcz tonie w zieleni. Byliśmy miastem zauroczeni i postanowiliśmy przenocować na rekreacyjnej wyspie usytuowanej na wodach zalewu (Kijowskiego Wodochronienia). Pomimo bliskości dużego zbiornika wodnego nie było tam komarów.
Nazajutrz, po porannych zabiegach toaletowych postanowiliśmy dotrzeć do Czernobyla. Z pomocą kilku kierowców znaleźliśmy odpowiednią drogę, lecz w odległości 30 km od Czernobyla zostaliśmy zatrzymani przez posterunek milicji. Nie przepuszczono nas dalej i skierowano do bazy turystycznej w Stracholesiu oddalonej od tego posterunku o około 30 km. Baza wędkarsko – myśliwska okazała się wymarzonym miejscem na zakwaterowanie, wędkowanie i wypoczynek. Na bazie tej można wynająć apartamenty z pełnym węzłem sanitarnym, oraz sprzęt pływający- łodzie. Heniek z Jankiem wędkowali z łodzi, a efekt ich wysiłków był taki jak zawsze. Nie złowili wielkiej ryby. Na drugi dzień z bazy wyjechaliśmy w kierunku Lwowa. Jechaliśmy przy strefie „zakazanej”. Nie było widać zewnętrznych oznak jej skażenia. Towarzyszyła nam jedynie świadomość niebezpieczeństwa promieniowania tej strefy, a rozstawione posterunki milicyjne o wadze tego niebezpieczeństwa przypominały. Przyroda wyglądała tak jak miejscach nie skażonych, a mieszkańcy sympatyczni, otwarci i ciekawi, dlaczego wybraliśmy się w tak daleką podróż.
Do przedmieść Lwowa dotarliśmy późnym wieczorem 29-tego lipca. Nocowaliśmy na parkingu strzeżonym bazy remontowej sprzętu budowlanego. Zwiedzając w drugim dniu miasto widzieliśmy liczne oznaki minionej jego świetności. Dzisiaj stare miasto jest mocno zaniedbane i wymaga odnowy. Często spotykaliśmy grupy turystów z Polski przyjeżdżających autokarami lub indywidualnie. Szczególnie liczne były grupy odwiedzające Cmentarz Łyczakowski. Zwiedziliśmy także odrestaurowany cmentarz „Orląt Lwowskich”. Nekropolia ta ma szczególne znaczenie w historii Lwowa i Polski. Później udaliśmy się na dokładniejsze zwiedzanie Starówki, a imponującą panoramę miasta widzieliśmy z wysokiego Ratusza miejskiego (wjazd jest płatny, a winda dociera tylko do 4 piętra i dalej ok. 6 pięter trzeba iść dębowymi schodami).
Późnym popołudniem opuściliśmy Lwów, udając się do Naszej Polski i do Naszych najbliższych za którymi bardzo się stęskniliśmy. Przekroczyliśmy granicę w Hrebene-Rava Russkaja. W porównaniu z innymi przejściami granicznymi, które przekraczaliśmy na tym przejściu wszystko przebiegło szybko i sprawnie zarówno po stronie Ukraińskiej jak i Polskiej. Jedynie celnik Ukraiński zwrócił nam uwagę, że nie wolno przekraczać granicy z większą kwotą niż 1000 USD. Wjazd na ziemię polską napawał nas dumą. Drogi o dobrej nawierzchni, czytelnie i dobrze oznakowane, domy zadbane, a ich obejścia wypielęgnowane. Różnicę tą wyraźnie widać jak po długiej nieobecności wraca się do kraju. Zwracamy uwagę, że nie w każdym Niejcu Polski tak jest. Natomiast w Rosji i Ukrainie nigdzie tak nie było.
Byliśmy zmęczeni upałem i trudami wyprawy. Była już noc (godz. 22-ga) jak zatrzymaliśmy się na nocleg w Nałęczowie u kolegów Heńka. Oczywiście, spać poszliśmy późno po północy. Musieliśmy podzielić się swoimi wrażeniami z wyprawy, wykąpać się i zjeść porządną kolację zakrapianą polską i ukraińską wódką. Nareszcie byliśmy jak u siebie w domu. Tak na dobre w domu byliśmy następnego dnia (2005-08-01): Janek – o godz. dwudziestej; Jacek – o godz. dwudziestej drugiej, a Heniek - o godz. dwudziestej drugiej trzydzieści. Heńkowi najbliżsi zgotowali mimo późnej pory dnia głośne powitanie przy dźwiękach festiwalowej trąby zakupionej na I Goleniowskim Festiwalu Hanzeatyckim.